Nowa wersja starej bajki o zającu, czyli: gdzie jest artysta?

Byłem we Wrocławiu na patetycznym i hieratycznym Europejskim Kongresie Kultury (8-11 września 2011). Spotkałem pięcioro znajomych artystów, trochę więcej żyjących z interpretacji sztuki „mężów uczonych w piśmie” płci obojga, i mnóstwo (setki, dziesiątki setek) osób, które kiedyś zwano organizatorami lub działaczami kultury, potem menadżerami, a którzy obecnie sami najchętniej używają miana kuratorów (jeśli nie należy im się, dożywotni w Polsce, tytuł dyrektora, prezesa lub ministra). Otóż kiedyś, w czasach działaczy i organizatorów, słowo „kurator” kojarzyło się z pracownikami systemu nadzoru nad oświatą lub, co gorsza, z wyznaczanymi przez system represji nadzorcami procesu resocjalizacji, któremu w równym stopniu mogli podlegać początkujący złodziej i doświadczony konspirator po wpadce z wrednego donosu. Dziś „kurator” zdaje się znaczyć „ życzliwy opiekun artysty”, choć wiemy z praktyki , że to raczej artysta jest tym, który szuka życzliwego uśmiechu swego kuratora. Nie wypada mi zresztą wyzłośliwiać się na temat tej sytuacji: w końcu i ja zostałem zaproszony na wrocławski kongres z tego powodu, że prowadząc od lat (jak dr Jakle i mr Hyde) podwójne życie: za dnia bywam zauważalnym organizatorem-kuratorem (festiwalu Malta), a tylko nocami – transgresyjnym artystą. Dodam zresztą, że cała piątka twórców spotkanych w okolicach kongresowych przy Hali Stulecia znalazła się tam (jak ja) nie z powodu famy wybitnego artysty, ale dlatego, że są dyrektorami instytucji kultury lub zostali zwabieni do udziału w bocznym nurcie Kongresu zwanym „imprezami towarzyszącymi”.

Strategia zarządzania niczym

W dawnych czasach, których nie ma co żałować, i jeszcze całkiem niedawno, działacze i menadżerowie organizowali podobne odświętne imprezy (kongresy kultury), aby stworzyć możliwość spotkania i wymiany poglądów artystom (jak wiadomo zawistnym egoistom zazdrośnie strzegącym tajemnic warsztatu i nadużywającym wszystkiego, czego da się nadużyć) z różnych dziedzin i z różnych, odległych od siebie miejsc. We Wrocławiu znaleźliśmy się w innej rzeczywistości: kongres był miejscem spotkania organizatorów z odległych krajów i odległych dyscyplin sztuki. Znaleźliśmy się nie na szczeblu prymitywnej wymiany postaw i emocji, którą mogą zaoferować tzw. twórcy, ale na o wiele wyższym poziomie „zarządzania strategicznego”. Przypominało to z jednej strony monstrualne studio telewizyjne, które sprzedaje NIC, z drugiej – wielki targ bez towarów. I to nie żart ani paradoks: przecież najwyższymi instancjami kapitalizmu są agencje ratingowe (które podobno badają stan zadłużenia, czyli stan środków, których NIE MA) i – przede wszystkim – władca absolutny – rynek bez fizycznej obecności towarów – czyli giełda.

Przypadkowe zdarzenia konieczne

„Imprezy towarzyszące” Kongresu, wystawy na przykład, wyróżniał też innowacyjny gest. Pryncypium organizacyjnym był skomplikowany proces: stary, doświadczony, wpływowy kurator wskazywał swego pupila – młodego, ambitnego kuratora, który ma warunki, by być niebawem też wpływowy, który to młody kurator wybierał artystę godnego wystawy w tak prestiżowym miejscu. Z drugiej strony artysty – w kierunku odbiorcy – ulokowali się: administrator miejsca, reprezentowany przez dziesiątki wolontariuszy, którzy przy pomocy najnowocześniejszej technologii odmierzali każdy krok widzów (sic! nie ma w tej konstatacji cienia przesady!), dalej pijarowiec z działem reklamy i stadko krytyków, którzy bez względu na opinie widzów zdecydują o sukcesie lub klęsce imprezy.

Jeśli jednak zechcemy wziąć pod uwagę, że w życiu kulturalnym wysokiej rangi przed zleceniem zadania kuratorowi odbyć się musi wyprawa przez Urzędy (zwana „aplikowaniem”), trudniejsza niż wyprawy do bieguna (administracja lokalna – marszałkowska – ministerialna – europejska), angażująca na każdym etapie przynajmniej kilka osób, skład osobowy Kongresu przestaje dziwić. Wydaje się wręcz oczywisty, logiczny i jedynie kompetentny. A obecność artysty lub jego wytworu, jest w kulturze naszych czasów ozdóbką, fajnym dodatkiem lub zdarzeniem przypadkowym (choć jeszcze bywa przypadkiem koniecznym).

Powolne znikanie zająca

Podkreślam – ten tekst nie jest aktem agresji przeciw działaczom-kuratorom (jak was zwał, tak zwał!). Sam nim też bywam, choć czuję się przede wszystkim artystą (i jeszcze nie boję się do tego przyznać). Mam wśród organizatorów imprez kulturalnych wielu przyjaciół: światłych, inteligentnych, oddanych robocie, życzliwych, pomocnych, koleżeńskich; bliższych niż większość kolegów-artystów. Ale myśląc o przygotowywanym przez poznański sztab antykryzysowy lokalnym kongresie kultury (o którym marzę sobie, że będzie manifestacją na rzecz twórców i sztuki) przypominam sobie mimochodem starą bajkę o zającu, którego psy zjadły wśród najbliższych przyjaciół. W naszym wypadku opowieść jest oczywiście nieaktualna, przynajmniej w dawnej formie. Teraz brzmi tak: był sobie zając i wielu przyjaciół. Żadnych psów w okolicy nie widywano. Jednak pewnego dnia zając zniknął. Gdzie zając? – pytamy przyjaciół. Żadnej odpowiedzi: ktoś milcząc oblizuje usta, inny dłubie wykałaczką w zębach, ten kończy piwo, inny poprosił o kawę, jeszcze inny mówi coś o potrzebie drzemki… a w kuchni cicho pracuje zmywarka do naczyń.

PS Wśród długich godzin kongresowych dyskusji usłyszałem tylko jeden głos o prawie artysty do transgresji. Wspomniał o tym Prezydent RP Bronisław Komorowski, słynny już z faux pas, bezsensownych zwischenrufów, freudowskich przejęzyczeń. Famę tę potwierdził w chwilę później, proponując na hasło Europejskiego Kongresu Kultury dyplomatyczny wykręt (nie wymienionego z nazwiska) ambasadora azjatyckiej Mongolii, który o bitwie pod Legnicą powiedział: „Nie ważne kto wygrał, ważne że się spotkali”. Abstrahując od artystycznego (komediowego lub kabaretowego) kontekstu trzeba rzec wyraźnie, że ani Prezydent, ani nawet mongolski ambasador nie mają racji. I w polityce, i w sporcie, wobec procesów historycznych, wojen, rewolucji, procesów społecznych i kulturowych ważne jest „kto wygrał”, i po której stronie opowiada się każdy z nas z powodów intelektualnych, religijnych, moralnych, czy majątkowych. Te wybory (w tym wybór postawy wobec przemian i konfliktów w bieżącym życiu kulturalnym) także podlegają ocenom i osądom. Podlega im oraz ich dokonuje i gajowy, i zając. Smacznego!

Lech Raczak